Ten tekst jest o tym, że nie wraca się z Gdańska do Warszawy w niedzielę, w środku lata. No bo, kto tak robi?

Ten tekst jest o tym, że nie wraca się z Gdańska do Warszawy w niedzielę, w środku lata. No bo, kto tak robi?

Niedziela. Gdańsk. Jadę A1 pełna nadziei, ze najdalej za 4h bedziemy z Zochą w warszawskim domu, a jak dobrze przycisnę, to nawet za 3,5h. Już po kilkunastu kilometrach wiem, że mogę wyrzucić nadzieję za okno, tak jak zrobił to z ogryzkiem jabłka, Pan z niebieskiej Mazdy na warszawskich rejestracjach. Swoją drogą zdrowo się facet odżywia, jak „my” wszyscy w stolicy.

Muszę zatankować. Jest szansa, że dojadę, ale wystarczy mały korek i po mnie. Nie mogę ryzykować, jestem w końcu sama z Zochą i z drącym się w niebogłosy kotem – Pieczarką, który artykułuje swoje niezadowolenie z podróży miauczeniem, które ryje mi mózg. Behemoth przy Pieczarce to płotka. Na szczęście Zocha lubi głośno słuchać muzyki, więc kot nie ma z nami szans. Mijam stację benzynową. Kolejka zaczyna się jeszcze na autostradzie. Dojeżdżam do kolejnej. Jest trochę lepiej, wiec grzecznie ustawiam się w kolejce i czekam.

Patrzę jak nadciąga chmura. Jest ciemnoszara i wielka. To nic – myślę, przecież siedzę w samochodzie. Zaczyna lać. Urwanie chmury, a potem grad wielkości przepiórczych jaj zaczyna rozbijać się o maskę samochodu. Wiem co oznacza ten grad. Już kiedyś mnie taki dopadł i z miską na głowie, w którą bębniły ogłuszająco kawałki lodu, biegłam do auta próbując je uratować. Wtedy się nie udało, teraz nie mogę nawet próbować, obstawiona samochodami w odległości 5 cm z każdej strony. Wiem już, że czeka mnie wymiana maski i dachu, które będą całe we wgnieceniach. Przyjmuję to ze spokojem. W końcu raz już to przeszłam, więc temat jest oswojony. Poza tym nic nie zmąci mojego optymizmu w ten cudowny, upalny dzień (jest 40 stopni). Klima w samochodzie działa. Tego nikt mi nie odbierze!

Po 30 minutach dojeżdżam do dystrybutora. Tankuję szybko, bo wiem, że wszystkim się spieszy. Wyciągam z samochodu Zośkę, której tłumaczę w biegu, ze Lalusia będzie na nas czekała w samochodzie i nie możemy po nią wrócić, bo inaczej nas zabiją (w rzeczywistości nie używam tego słowa, ale nadaje ono tej historii odpowiedniego poziomu dramaturgii). Biegniemy na stację. Chce nam się siku, wiec w zawrotnym tempie uderzamy do toalety. O dziwo nie ma kolejki. Alleluja! Trzy minuty i stoimy przy kasie czekając na swoją kolej.

Do kasjera podchodzi opalona, wracająca z wakacji Grażyna. Na oko 55+, utlenione włosy, jedną ręka dłubie patykiem od loda w zębie, drugą trzyma w okolicach pasa, podtrzymując uwolniony biust.

– Na czwórce ktoś długo stoi i nie wraca. Wywołajcie go! – mówi Grażyna tonem nie znoszącym sprzeciwu. To o mnie. Udaję sprytnie, że nie wiem o co chodzi. Stoję tam przecież z 3-letnią Córeczką, nie będę się przy niej kłócić. Dochodzę w końcu do kasy. Wyciągam kartę i mówię:

– Czwórka na fakturę – zapominając zbyt szybko, o czającej się za moimi plecami Grażynie. Dołącza do niej opalony na mahoń Janusz, który wygląda na syna, ale chyba jest mężem. No cóż, wszystkie dziewczyny wiedzą, że słońce jest wrogiem kobiecej urody. Grażyna i Janusz zaczynają agresywnie mi tłumaczyć w jakiej kolejności powinnam wykonywać czynności, żeby było szybciej. Grażyna nadal dłubie w zębie patykiem od loda. Zosia jest coraz bardziej zdezorientowana. Ciśnienie rośnie mi dość szybko, ale walczę ze sobą. Niestety przegrywam z własnym temperamentem i odgryzam się mówiąc:

– Niech Pani przestanie do mnie mówić. Muszę się skupić i podać NIP! – wow, poleciałam po bandzie. Pewnie poszło im w pięty. A co!

Płacę i biegnę z Zochą na rękach do auta. Zapinając ją w pasy słyszę pojękiwania i złote rady Grażyny i Janusza. Dołączają się do nich inni, kiwając głowami, a to do przodu, w geście solidarności z Grażyną i Januszem, a to na boki, patrząc na mnie z politowaniem. Dziękuję Bogu, że dał mi olbrzymią dozę odporności na opinię innych.

Jedynie tatuaż na ręku jednego z widzów spektaklu, w którym gram główną rolę, uświadamia mi dobitnie, że nie taki „diem” chciałam „carpe”.

Monika Ciesielska
Prezydentka w IMSA Search Global Partners. Doświadczona konsultantka w rekrutacjach kadry zarządzającej, w tym członków zarządu, oraz lider zespołu rekrutującego w obszarze IT/Tech. Entuzjastka cyfrowej transformacji procesów HRowych.
O mnie