The text is about not returning from Gdansk to Warsaw on Sunday in the middle of summer. Well, who would even do that?

Sunday. Gdańsk. I am driving on the A1 highway hoping, that we will make it to my Warsaw home in 4 hours with my 3-years-old daughter Sophie, and if I put the pedal to the metal maybe even in 3.5 hours. After driving several kilometers, I already knew, that that idea just went out the window, just like the apple core of the gentleman driving a blue Mazda with a Warsaw license plate just did. Incidentally, the man is eating healthy, as “we” all do in the capital.

I need to get gas. I might be able to make it, but one small traffic jam and I’m screwed. I can’t risk it, because I’m alone with Sophie and the my cat – Champignon – squawking to the high heavens. She is articulating her dissatisfaction with the journey by meowing, which is making my head pound. Behemoth or Slayer compared to Champignon are a breeze. Luckily, Sophie enjoys listening to loud music, so the cat doesn’t stand a chance. I am passing a gas station. The line already out on the highway. I am getting to the next one. It’s a little better, so I get in line and wait.

I’m watching a cloud coming in. It’s dark gray and large. Oh, whatever – I am in the car. It starts to rain. Torrential rain, and then hail the size of quail eggs begins to bounce off the hood of the car. I know what this hail means. I have been through something like that before, running to save my car, while pieces of ice rattled deafeningly against the metal bowl, that was shielding my head. I did not succeed then, now I can’t even try, surrounded by cars for 5 km on each side. I already know, that I will need to change the hood and the roof, which will be full of dents. I accept this with calmness. I mean, I have already gone through this once, so I know the drill. Besides, nothing is going to ruin my good mood on this wonderful, hot day (it is 40 C outside). The air conditioning in the car works. No one will take it away from me!

After 30 minutes I finally get to the distributor. I fill up quickly, because I know that everyone is in a hurry. I take Sophie from the car, and I explain to her while running that her Dolly will be waiting for us in the car and that we cannot go back for her, otherwise they will kill us (I didn’t exactly use this word, but it gives this story an adequate level of drama). We are running into the station. We need to pee, so we run for the toilet very quickly. Strangely, there is no line. Alleluia! Three minutes and we are standing at the register, waiting for our turn.

A tanned Trixie, obviously coming back from her vacation, is approaching the cashier. She is in her 50s at first glance, bleached hair, is picking at her tooth with the ice cream stick with one hand, and the other hand is holding her waist, supporting the released bosom.

– Someone is standing at number 4 for a long time and not returning. Call him! – says Trixie in a way, that does not evoke opposition. It was me. I cleverly pretend, that I had no idea what was going on. I am standing there with my 3-year-old daughter, so obviously I am not going to argue with Trixie. Finally, I get to the cash register. I pull out my card and say:

– Number 4, invoice please – forgetting all too quickly, about Trixie lurking behind me. A mahogany tanned Butch, who looks like her son, but is probably her husband, joins her. Well, all the ladies know, that the sun is the enemy of the perfect skin. Trixie and Butch are aggressively explaining to me what to do and in what order, so that things go smoothly. Trixie continues to pick her tooth with the ice cream stick. Sophie is becoming more and more confused. My blood pressure raises, but I am trying to stay calm. Unfortunately, I lose to my own temper and say to Trixie:

– Stop talking to me! I need to focus and provide my tax ID number to the cashier! – Wow, I certainly told her. I gave her a piece of mind. Why the hell not!

I finish paying and start running towards the car while carrying Sophie. While putting her in the car seat, I hear the moaning and valuable advice from Trixie and Butch. Others join them, nodding their heads up and down in a gesture of solidarity with Trixie and Butch, or looking at me, shaking their heads condescendingly. Thank God, that he gave me a huge dose of resistance to the opinion of others. Only the tattoo on some Dude’s hand drives home the message, that it is not the type of ‘diem’ I wished to ‘carpe’ .


Ten tekst jest o tym, że nie wraca się z Gdańska do Warszawy w niedzielę, w środku lata. No bo, kto tak robi? 😉

Niedziela. Gdańsk. Jadę A1 pełna nadziei, ze najdalej za 4h bedziemy z Zochą w warszawskim domu, a jak dobrze przycisnę, to nawet za 3,5h. Już po kilkunastu kilometrach wiem, że mogę wyrzucić nadzieję za okno, tak jak zrobił to z ogryzkiem jabłka, Pan z niebieskiej Mazdy na warszawskich rejestracjach. Swoją drogą zdrowo się facet odżywia, jak „my” wszyscy w stolicy.

Muszę zatankować. Jest szansa, że dojadę, ale wystarczy mały korek i po mnie. Nie mogę ryzykować, jestem w końcu sama z Zochą i z drącym się w niebogłosy kotem – Pieczarką, który artykułuje swoje niezadowolenie z podróży miauczeniem, które ryje mi mózg. Behemoth przy Pieczarce to płotka. Na szczęście Zocha lubi głośno słuchać muzyki, więc kot nie ma z nami szans. Mijam stację benzynową. Kolejka zaczyna się jeszcze na autostradzie. Dojeżdżam do kolejnej. Jest trochę lepiej, wiec grzecznie ustawiam się w kolejce i czekam.

Patrzę jak nadciąga chmura. Jest ciemnoszara i wielka. To nic – myślę, przecież siedzę w samochodzie. Zaczyna lać. Urwanie chmury, a potem grad wielkości przepiórczych jaj zaczyna rozbijać się o maskę samochodu. Wiem co oznacza ten grad. Już kiedyś mnie taki dopadł i z miską na głowie, w którą bębniły ogłuszająco kawałki lodu, biegłam do auta próbując je uratować. Wtedy się nie udało, teraz nie mogę nawet próbować, obstawiona samochodami w odległości 5 cm z każdej strony. Wiem już, że czeka mnie wymiana maski i dachu, które będą całe we wgnieceniach. Przyjmuję to ze spokojem. W końcu raz już to przeszłam, więc temat jest oswojony. Poza tym nic nie zmąci mojego optymizmu w ten cudowny, upalny dzień (jest 40 stopni). Klima w samochodzie działa. Tego nikt mi nie odbierze!

Po 30 minutach dojeżdżam do dystrybutora. Tankuję szybko, bo wiem, że wszystkim się spieszy. Wyciągam z samochodu Zośkę, której tłumaczę w biegu, ze Lalusia będzie na nas czekała w samochodzie i nie możemy po nią wrócić, bo inaczej nas zabiją (w rzeczywistości nie używam tego słowa, ale nadaje ono tej historii odpowiedniego poziomu dramaturgii). Biegniemy na stację. Chce nam się siku, wiec w zawrotnym tempie uderzamy do toalety. O dziwo nie ma kolejki. Alleluja! Trzy minuty i stoimy przy kasie czekając na swoją kolej.

Do kasjera podchodzi opalona, wracająca z wakacji Grażyna. Na oko 55+, utlenione włosy, jedną ręka dłubie patykiem od loda w zębie, drugą trzyma w okolicach pasa, podtrzymując uwolniony biust.

– Na czwórce ktoś długo stoi i nie wraca. Wywołajcie go! – mówi Grażyna tonem nie znoszącym sprzeciwu. To o mnie. Udaję sprytnie, że nie wiem o co chodzi. Stoję tam przecież z 3-letnią Córeczką, nie będę się przy niej kłócić. Dochodzę w końcu do kasy. Wyciągam kartę i mówię:

– Czwórka na fakturę – zapominając zbyt szybko, o czającej się za moimi plecami Grażynie. Dołącza do niej opalony na mahoń Janusz, który wygląda na syna, ale chyba jest mężem. No cóż, wszystkie dziewczyny wiedzą, że słońce jest wrogiem kobiecej urody. Grażyna i Janusz zaczynają agresywnie mi tłumaczyć w jakiej kolejności powinnam wykonywać czynności, żeby było szybciej. Grażyna nadal dłubie w zębie patykiem od loda. Zosia jest coraz bardziej zdezorientowana. Ciśnienie rośnie mi dość szybko, ale walczę ze sobą. Niestety przegrywam z własnym temperamentem i odgryzam się mówiąc:

– Niech Pani przestanie do mnie mówić. Muszę się skupić i podać NIP! – wow, poleciałam po bandzie. Pewnie poszło im w pięty. A co!

Płacę i biegnę z Zochą na rękach do auta. Zapinając ją w pasy słyszę pojękiwania i złote rady Grażyny i Janusza. Dołączają się do nich inni, kiwając głowami, a to do przodu, w geście solidarności z Grażyną i Januszem, a to na boki, patrząc na mnie z politowaniem. Dziękuję Bogu, że dał mi olbrzymią dozę odporności na opinię innych. Jedynie tatuaż na ręku jakiegoś Stefana uświadamia mi dobitnie, że nie taki „diem” chciałam „carpe”.

Author: monikaciesielska

Head hunter of C-level executives. Managing Partner at Carpenter Consulting. President at IMSA Search Global Partners.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s